niedziela, 4 listopada 2012

1293.

OMG! Jak ja dawno nie pisałam. Myślę, że mogę powiedzieć, iż wena w pewnym sensie powróciła, choć trochę jeszcze kuleje. Przedstawiam Wam historię Gerarda (MCR) i LynZ (MSI) oraz ich perypetie po rozwodzie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, choć moim skromnym zdaniem totalnie rozwaliłam końcówkę. Ali ciiii, może nikt nie zauważy. ; D




                Gerard siedział w pokoju i patrząc w pustą przestrzeń rozlewającą się za oknem wypalał kolejne papierosy. Ja na pierwszy tydzień po sprawie rozwodowej z LynZ i odebraniu mu jedynej córki Bandit był niezwykle spokojny i opanowany.
                Mężczyzna wstał z fotela, na którym dotychczas siedział  i zaczął ubierać buty i płaszcz. Jeszcze nie wiedział co dokładnie zamierzał zrobić, ale coś na pewno. Głowa artysty jakim był nie miała prawa świecić pustkami.
                Wyszedł z mieszkania i powoli zaczął iść w stronę parku, do którego zawsze zabierał córkę. Choć wiedział, że to złudne, to jednak miał nadzieję, że właśnie tam je spotka. Tęsknił za Bandit tak samo jak za LynZ. Był gotów wybaczyć ukochanej zdradę w każdym momencie, nawet teraz.
 Chciał tylko móc znów tworzyć z nimi piękną i kochającą się rodzinę jaką kiedyś byli. Tymczasem ona najwyraźniej tego nie chciała, a on nie chciał do niczego jej zmuszać. Jeśli będąc w takiej sytuacji była szczęśliwa, to nie miał zamiaru niszczyć jej tego spokoju. Najważniejsze było dla niego szczęście byłej żony.
                Idąc do parku zamierzał porozmawiać z brunetką i choć z początku wydawało mi się to głupie, był gotów nawet ją błagać o powrót. Nie musieli drugi raz brać ślubu i na nowo organizować dla wszystkich całego tego cyrku. Wystarczyłoby mu, gdyby po prostu zamieszkali razem, wspólnie spędzali czas i kochali jak dawniej. To były takie cudowne chwile jego życiu i bez wątpienia najlepsze. Dzięki niej ostatecznie skończył z narkotykami i alkoholem, więc mógł powiedzieć, że uratowała mu życie.
                Stanął przed główną bramą parku. Zastanawiał się nad sensem pójścia tam. Nie chciał powtórki z ich ostatniego spotkania, które o mało co nie zakończyło się interwencją policji.
                Zauważył małą brązowowłosą dziewczynkę biegnącą w jego kierunku i uśmiech automatycznie zawitał na jego ustach. Poczuł wszechogarniające go ciepło. Przyklęknął na kolanach i objął dziewczynkę ramionami.
                -Bandit bardzo chciała cię zobaczyć. Od kilku dni nie mówi o niczym innym. Musiałam ulec, nie miałam innego wyboru – kobieta zaprezentowała swój piękny, ale wymuszony uśmiech.
                -Dlaczego po prostu nie zadzwoniłaś?
                -Wiedziałam, że tu będziesz. Kiedyś przychodziliście tu każdego dnia.
                -Tak, to były naprawdę wspaniałe czasy. LynZ, posłuchaj mnie. Ja myślałem nad tym jestem gotów…
                -Nie, nie kończ. Gerard, wszystko jest już skończone i to nie wróci. Przyznaję, że czasami brakuje mi twej bliskości, bo mimo wszystko Jimmy nie jest tak bardzo ciepły i czuły. Z drugiej strony nie chcę wracać do przeszłości i rozdrapywać starych ran, bo wiem, że tym samym będę sprawiała ci coraz to większy ból.
                Czyli znów daje mi jasno do zrozumienia, że nie mam na co liczyć pomyślał smutno. Choć starał się tego nie okazywać, twarz bruneta nagle spochmurniała. Tylko silna wola i osobowość powstrzymały go przed zalaniem się łzami. Nie chciał też, by córka widziała łzy. Była bardzo młoda i jednocześnie bardzo spostrzegawcza i inteligentna. Mogła odebrać to jako oznakę słabości i ostateczną decyzję o poddaniu się. A on chciał walczyć. Chciał walczyć o nią i dla niej i dopóki nie osiągnie obranego sobie celu, na pewno nie odpuści.
                -Skoro to chcesz, niech tak będzie. Jednak chciałbym móc spędzać z Bandit więcej czasu. Brakuje mi jej.
                -Jasne, nie ma sprawy. Ostatnio mamy nawał pracy przy planowaniu kolejnej trasy koncertowej i przyda mi się każda pomoc.
                -Przyjadę po nią jutro rano, pojedziemy na basen i oddam pod koniec weekendu.
               

                Następnego dnia Gerard wstał rozpromieniony na myśl, że najbliższe kilka dni spędzi sam na sam z dzieckiem. Cały czas planował wyjścia, zabawy  i niespodzianki, by był to najlepszy czas w życiu małej szatynki. Bez namysłu ubrał się w pierwsze lepsze ciuchy, które miał pod ręką i pospiesznie wybiegł do samochodu.
                Stanął przed drzwiami domu Jimmy’ego, który otworzył mu drzwi.
                -Cześć, ja po Bandit.
                -Ta, LynZ coś wspominała. Zaraz ją przyprowadzi. –Way zrobił krok do przodu myśląc, że ten wpuści go do środka, jednak ku jego zdziwienia zamknął mu drzwi przed nosem. Zażenowany takim zachowaniem cofnął się i w milczeniu usiadł na schodach. Doskonale wiedział, że Jimmy od pewnego czasu nie toleruje jego obecności, ale taka sytuacja nigdy się nie zdarzała. Zawsze próbowali przynajmniej tworzyć pozory, że dobrze się dogadują. więc o co teraz chodzi?
                -Przepraszam cię za niego. Trochę się ostatnio pokłóciliśmy i nie ma dobrego humoru.
                -Wszystko w porządku? Nie wyglądasz na zadowoloną.
-Tak, wszystko ok. Po prostu źle spałam w nocy. W torbie masz ubrania dla Bandit, jej ulubionego misia i włożyłam też kilka słoiczków z przecierami owocowymi. Jeśli będziesz miał z nią jakieś problemy czy pytania…
                -Lynz, nie zapominaj, że to dalej moja córka. Opiekowałem się nią przez 4 lata. wiem, jak zająć się dzieckiem.
                -No tak, przepraszam. Ale pamiętaj, że w razie pytań czy gdyby coś się stało, dzwoń od razu.
                -Masz moje słowo. Chodź mała, pojedziemy na basen. Trzymaj się, LynZ.
               

                Na basenie było wspaniale. W przeciągu godziny Gerard nauczył córkę pływać, ta na dobre oswoiła się z wodą i za nic nie chciała wracać do domu. Musiał ją przekupywać, żeby w ogóle wyszła z basenu. Przebrał ją w suche ubrania, wysuszył włoski, ubrał w ciepłą kurtkę i wyszli do pobliskiego baru szybkiej obsługi. Tam zjedli zastępczy obiad i udali się z powrotem do domu Gerarda. Wyciągnął z szafy jakiś koc przyozdobiony w kwiaty, na którym oboje się położyli. Po chwili Gee zaczął czytać córce bajki.
                -Ciastka! –krzyknęła nagle mała Bandit.
                -Chcesz ciastko?
                -Tak.
                -Poczekaj tutaj chwilę, sprawdzę w kuchni i czy mam jakieś ciastka.
                Przeszukał w pomieszczeniu wszystkie Półki, szafki i zakamarki, ale nie znalazł dla niej żadnych ciastek. Przecież nie będzie karmił dziecka sucharami sprzed miesiąca. Tak, od czasu, kiedy LynZ wyprowadziła się zabierając ze sobą córkę, Gerard trochę się zapuścił i nie dbał o to, czy jedzenie w jego szafkach jest jeszcze przed czy już po obowiązującym terminie przydatności.
                -Bandit, włączę ci bajki na telewizorze a tymczasem ja szybko pójdę na dół do sklepu po ciastka. Jakie są twoje ulubione?
                -Rogaliki z truskawkami.
                -Dobrze, zaraz przyjdę z twoimi ulubionymi rogalikami, kochanie. –Ucałował córkę na pożegnanie i pospiesznie wybiegł z domu, by nie zostawiać córki zbyt długo bez opieki jakiegokolwiek nadzoru. Nigdy nie postąpiłby tak nieodpowiedzialnie i lekkomyślnie jak teraz. Zależało mu, by spełnić wszystkie jej zachcianki, a przecież nie zostawi jej pod opieką sąsiadki, której nie zna.
                -Gdzie tak pędzisz? –Usłyszał za sobą czyjś głos. Odwrócił się i ze zdziwieniem malującym się na jego twarzy zauważył, że to Jimmy.
                -Jimmy? A co ty tu robisz? Wydawało mi się, że mieliście planować nową trasę koncertową Mindlessów.
                -Mieliśmy, nie mieliśmy… Co cię to obchodzi?
                -Więc przyszedłeś tu w celu…?
                -Żeby zabrać ci Bandit. Nie pozwolę, żeby miała z tobą jakikolwiek kontakt. To samo tyczy się LynZ.
                -O co ci chodzi? Bandit to moja córka i LynZ i to my będziemy decydować co jest dla niej dobre a co nie. Jesteś nikim w jej życiu i nie będziesz o niczym decydował. Dotarło?!
                Na te słowa mężczyzna wyciągnął z kieszeni pistolet i ustawił go na wysokości klatki piersiowej Gerarda. Przez jego umysł przebiegł najczarniejszy scenariusz. On chyba nie miał zamiaru go…. zabić? Nie miał czasu zastanawiać się nad tym i rozważyć wszystkie inne możliwości. Poczuł, jak w jego ciało uderza nagła fala gorąca, a on sam osuwa się na chodnik. ze względu na późną porę dnia na ulicy nie było nikogo, kto mógłby nadjeść mu z pomocą.
Przeraził się. Nic nie powiedział. Po prostu bezwładnie osunął się na ziemię, wypuszczając z oczu ostatnie gorzkie łzy. Zwiódł ich. Zawiódł siebie, LynZ, brata, rodziców, przyjaciół, a  co gorsza, zawiódł również Bandit, której jeszcze poprzedniego dnia obiecał, że zrobi wszystko co w jego mocy, bo ją odzyskać. By wszystko było jak dawniej. Tymczasem on umierał. Nie było dla niego żadnego ratunku, gdyż napastnik celnie trafił z tętnicę. Jego czerwona krew rozlewała się po chodniku.
Ostatkiem sił obrócił się na plecy, bo móc ujrzeć jeszcze triumfalny wyraz twarzy Jimmy’ego. Następnie usłyszał piskliwy sygnał karetki pędzącej w jego stronę. Ostatni już dźwięk.

niedziela, 16 września 2012

1576.

Strasznie mocno przepraszam wszystkich, za cały miesiąc milczenia. Choć wiem, ze wielu Was tu nie ma. Wyszło jak wyszło, ale powracam do Was z najnowszym paringiem (yaoi). Pomysł narodził się w mej małej chorej główce jakiś rok temu i nareszcie udało mi się go ukończyć. Zapraszam na krótkiego one-schocika,w którym występują: Mikey Way i Adam Lambert. :D
Scena hmm... "biurkowa" poniekąd została zaczerpnięta z książki "Jedenaście minut" autorstwa Paula Coelho. Gorąco polecam!




Ostatnio wybrałem się na koncert. Nudziło mnie ciągłe przesiadywanie w domu w kompletnej samotności. Gerard cały swój wolny czas spędzał z Frankiem. Zresztą, nie tylko wolny. Mój starszy brat wolałby umrzeć, niż stracić choć 5 sekund z ich wspólnej relacji. Nieraz odnosiłem wrażenie, że jestem totalna ofiarą losu. Co też może być fascynującego w basiście chorym na astmę, w dodatku w okularach? To i tak nie wszystko. Odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze byłem nieludzko nieśmiały i strachliwy. Moje lęki były silniejsze ode mnie samego. Poza tym, od dłuższego czasu cierpiałem na zaburzenia maniakalno – depresyjne. To ostatnie z całą pewnością nie działało na moją korzyść. Kto chciałby utrzymywać jakikolwiek kontakt z osobą chorą psychicznie?
                Jak już wspomniałem, wybrałem się na koncert grupy Queen. Ich pierwotny wokalista – Freddie Mercury – zmarł przed kilkoma laty. Jednak oni nie zaprzestali działalności. Na jego miejsce przyjęli nowego. Nazywał się Adam Lambert. Słyszałem coś o nim, ale nigdy nie słuchałem piosenek w jego wykonaniu. Wydawało mi się, że raczej nie przypadłby mi do gustu. Co innego współpraca z taką sławą jak Queen. To radykalnie zmieniało postać rzeczy. Postanowiłem dać mu szansę. Jedyne, co o nim wiedziałem, to jego wiek (27 lat) oraz, że jest gejem. Mimo to nigdy nie pomyślałbym, że zainteresuje do osoba o moim charakterze. Z wyglądu bardzo mnie intrygował. Zawsze widząc jakieś jego zdjęcia w artykułach, wpatrywałem się w niego godzinami. Te oczy, ten uśmiech. Były tak nieskazitelnie piękne. Chciałem go poznać, a dzisiejszy koncert zespołu w naszym mieście uważałem za jedyną szansę, której nie mogłem zmarnować.

                Gdy wszedłem do sali koncertowej, natychmiast poczułem ogarniającą mnie duchotę. Czułem, jak zaczynam się dusić od wysokiej temperatury powietrza. Na początku zakręciło mi się w głowie, ale po chwili wszystko wróciło do normy.
                Następnie oślepiły mnie światła dobiegające wprost ze sceny. Później ogłuszyły mnie dźwięki rozpoczynające wydarzenie. To było niesamowite. Całe show nie mogło równać się żadnemu innemu. Queen odtworzyli wszystkie swoje największe przeboje. Muzycy pomimo sędziwego wieku nadal byli w świetnej w formie. Musze przyznać, że Adam bardzo mi zaimponował. Nie tylko jako wokalista, ale jako całokształt. Chciałbym kiedyś się z nim umówić. Nawet, jeśli później miałoby z tego nic nie wyjść.
                -Hej. –Usłyszałem czyjść męski głos za moimi plecami. Obróciłem się i nie wierzyłem to, co zobaczyłem.
                -Yy…. hej – odparłem.
                -Jak podobał ci się nasz koncert?
                To mnie naprawdę zdziwiło. Adam podszedł do mnie i jak gdyby nigdy nic rozpoczął rozmowę, podczas gdy ja wpatrywałem się w niego jak w malowany obrazek.
                -Tak, był naprawdę niesamowity. Brian nadal w formie a ty masz świetny głos.
                -Dzięki, staram się. Słuchaj, za 10 minut będę wolny. Co powiesz na wspólną kawę?
                -Chętnie.
                -Ok. Zaczekaj tu na mnie. Zaraz przyjdę.
                I poszedł. Obróciłem się wokół własnej osi i odnalazłem ławkę, na której usiadłem. Długo zastanawiałem się, czy to czasem nie jest sen. Zaczynam marzyć o spotkaniu, a za chwilę fantazja się spełnia. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe, ale jednak.
                Zniecierpliwiony sprawdziłem godzinę. Niedługo powinien przyjść. Później pójdziemy na kawę, a potem… No właśnie, co potem? W ogóle o czym mamy rozmawiać? O muzyce? To tak, jakbyśmy spotkali się tylko po to, żeby rozmawiać o pracy. W takim razie pozostaje mi spontaniczność. Jakoś to będzie. Nie. Nie może być „jakoś”. Musi być dobrze. A nawet lepiej. Mam jedyną taką szansę i muszę w pełni ją wykorzystać.
                Usłyszałem skrzypienie i odruchowo popatrzyłem w stronę drzwi do garderoby Adama. Słuch mnie nie mylił. Właśnie wychodził z pomieszczenia. Ten facet mnie zadziwia. W jednej chwili wygląda jak prawdziwa gwiazda, brokat lśni na jego ciele. Wszystko tylko po to, by za chwilę mógł zmienić się na powrót w zwykłego człowieka w ulubionych jeansach i znoszonej koszulce. Byłem pod niemałym wrażeniem.
                -Mam nadzieję, że nie odstraszam cię moim wyglądem. –Zaśmiał się i wskazał na swój strój. –Wybacz, ale bez względu na okazję po każdym koncercie tak wyglądam.
                -Jest ok. Serio. Idziemy?
                -Jasne. Ale wiesz, jestem tu pierwszy raz i nie znam tego miasta. Nie wiem, gdzie jest jakaś kawiarnia, w której moglibyśmy usiąść i porozmawiać.
                -Spokojnie. Mieszkam tu całe życie i znam tu świetne lokalizacje na towarzyskie spotkania.
                -Więc prowadź. –Mężczyzna podał mi dłoń i czekał na moją reakcję. Złapałem go i wyszliśmy na zewnątrz. Czułem jego radość na mój gest.

                Dojście do niewielkiej kawiarenki na rogu ulicy zajęło nam na oko jakieś 10 minut. Zaraz po wejściu i zajęciu stolika, za oknem rozpętała się ulewa z towarzyszącymi jej piorunami. Oboje zaczęliśmy pilnie studiować karty menu, po czym przywołaliśmy kelnerkę i zamówiliśmy dwie kawy.
                -Więc co nakłoniło cię by podejść do mnie? Zwykle ludzie unikają kontaktu z takimi osobami jak ja,
                -No nie wiem. Jakoś to samo wyszło. Przyjaciele mówią mi, że mam dar wyczuwania ludzi. wystarczy przedstawić mi jakąś osobę i wiem, czy powinienem traktować ją jako wroga czy raczej przyjaciela.
                -Intuicja?
                -Można to tak nazwać.
                W tym momencie kelnerka z wymuszonym wręcz uśmiechem postawiła przed nami nasze zamówienia. Niemal jednocześnie rzuciliśmy się do szklanek i upiliśmy z nich kilka łyków chłodnego napoju.
                -Opowiedz coś o sobie. Przepraszam, ale nie przedstawiłeś mi się.
                -Mikey – odparłem.
                -Mikey. Bardzo ładne imię. Czym się zajmujesz?
                -Niczym szczególnym. gram na basie.
                -Basista? Zawsze interesowała mnie gra na tych instrumentach.
                -Mógłbym kiedyś cię nauczyć, gdybyś chciał.
                -Dzięki. Znam jakieś podstawowe chwyty, ale pewnie wszystko wypadło z pamięci,
                Spotkanie przebiegało w niezwykle miłej atmosferze. Jak się okazało, niepotrzebnie martwiłem się o brak tematów do rozmów, bo tych akurat nam nie brakowało. Przeciwnie. Brakowało nam czasu. Rozmowa tak nas pochłonęła, że obsługa musiała prosić nas o wyjście, bo zamykali lokal. Uśmiechnęliśmy się przepraszająco, pospiesznie wyszliśmy na zewnątrz i stanęliśmy pod niewielkim daszkiem chcąc uniknąć zmoknięcia.
                -Chyba powinienem wracać. Nie chcę byś rozchorował się z mojej winy – orzekł Adam. Mi również nie podobała się wizja leżenia w łóżku całymi dniami. Z drugiej strony nie mogłem pozwolić, by ta cudowna chwila, której teraz oboje tkwiliśmy tak po prostu się skończyła. Musiałem szybko coś wymyślić.
                -Chodźmy do mnie. –Zaproponowałem.
                -Co?
                -Chodźmy do mnie do domu. Mieszkam niedaleko a mój brat nocuje dziś u znajomych. Zapraszam cię.
                -Jesteś pewien? Ledwo się znamy. Nie chcę być pomyślał, że jestem jakiś nachalny czy coś w tym stylu.
                -Wcale tak nie myślę. Jeśli nie chcesz przyjść, po prostu powiedz.
                -Ostatnie zdanie planowałem wypowiedzieć z nutką smutku i rozczarowania. Sądząc po rozradowanej twarzy Adama, raczej osiągnąłem efekt daleki od zamierzonego.
                -Przyjdę z miłą chęcią.

                Stanęliśmy na ganku przed frontowymi drzwiami. Gerard już wyszedł a ja nie mogłem znaleźć swoich kluczy. W panice przeszukiwałem wszystkie swoje kieszenie. Brunet widząc moje zdenerwowanie oparł rękę na moim ramieniu i zapytał:
                -Coś się stało? Widzę, że się denerwujesz.
                -Nie, to nic takiego, tylko…
                -Tylko?
                -Nie mogę znaleźć kluczy do domu – odpowiedziałem smutno. Poczułem się żałośnie. Nagle Adam włożył swoją delikatną dłoń do przedniej kieszeni moich jeansów. Nie wiedziałem jakie były jego zamiary. Po chwili przeszedł mnie dreszcz podniecenia, kiedy dłoń bruneta pieszczotliwie dotknęła mojego przyrodzenia. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie tajemniczo a zarazem zadziornie, po czym wyciągnął rękę i zmachał mi zgubą przed oczami.
                -Tego szukałeś?
                -Yy… tak. Jak je tam znalazłeś?
                -Nazwijmy to magią.
                -Z zaskoczeniem kryjącym się w oczach otworzyłem drzwi. Weszliśmy do środka.
                -Rozgość się – powiedziałem. –Napijesz się czegoś?
                -Nie, dzięki. Kawa w kawiarni wystarczy mi do rana.
                Stanąłem w przedpokoju, gdy ściągałem kurtkę i pozbywałem się butów. Zdecydowanie bardziej wolałem ślizgać się w skarpetkach po wypastowanych panelach, niż stukać po nich podeszwami. Poczułem na Kierku ciepło jego oddechu. Przymknąłem lekko powieki, a następnie odwróciłem się w stronę kochanka na dzisiejszą noc. Doskonale znałem te zagrywki. Uśmiechnąłem się do przystojnego bruneta, objąłem go w pasie i musnąłem jego miękkie, nieco wilgotne usta. Wiedziałem, że odwzajemniał mój gest z niebywałą rozkoszą. Oboje pragnęliśmy od siebie znacznie więcej.
                Zabrałem się z rozpinanie jego paska od spodni. Kiedy już uporałem się z niesfornym dodatkiem, złapałem go za rękę. Poszliśmy na górę do mojego pokoju. Po szczelnym zamknięciu drzwi, Lambert przywarł mnie do ściany. Pieścił moje ciało delikatnymi pocałunkami. W tym samym czasie ja pozbywałem go koszulki i pozostałych części garderoby. Odniosłem wrażenie, jakby nagle zatrzymał się czas. To wszystko było takie wspaniałe.
                Chwilę później staliśmy twarzą w twarz, zupełnie nadzy. Ogarniała mnie niezwykła euforia. Zrzuciliśmy wszystko z blatu mojego biurka. Lambert położył mnie na brzuchu i wszedł we mnie delikatnie. Czułem go w sobie i czułem jego dłonie na moich ramionach, na pośladkach i na biodrach, kiedy chwycił mnie mocniej. Po chwili przestał bawić się w nudne gierki i poruszał się we mnie coraz gwałtowniej i szybciej. Nie byłem w stanie żadnymi słowami opisać tego, jak błogo się czułem.
                Świadomość, że seks z nim naprawdę sprawia mi wielką przyjemność, była cudowna. Niesamowita. Wszystko było niesamowite. Czułem każdy centymetr jego nabrzmiałego członka, który z każdym pchnięciem zanurzał się we mnie coraz głębiej. Miałem wielką ochotę krzyczeć z rozkoszy.
                Nagle ustał. Poczułem to wspaniałe uczucie, kiedy Adam spuścił się do mojego wnętrza. Mężczyzna przez chwilę tkwił we mnie nie ruchomo, po czym delikatnie położył się na mnie i pchnął jeszcze kilka razy. Oboje byliśmy strasznie wycieńczeni.
                Wstaliśmy z biurka i położyliśmy się na łóżku, wtuleni w swe ciała. Nie potrzebowałem teraz niczego bardziej, niż czuć jego bliskość i ciepło jego ciała. Chciałem wiedzieć, że jest tu, blisko mnie. Nie potrzebowaliśmy słów. W obecnej chwili były one zupełnie zbędne. Wystarczyły nam gesty. Splecione palce, uśmiechy, rozmarzone spojrzenia, na początku przyspieszony a teraz już umiarkowany oddech. Po kilku minutach takiego wpatrywania się w siebie naciągnęliśmy na siebie kołdrę i zasnęliśmy w swoich objęciach. Jakie to było wspaniałe uczucie mieć przy sobie kogoś, na kim mi zależało i komu zależało też na mnie.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Porwanie. cz .3

Dziękuję Julce, Kindze, Kubie i Janowi. Nie wiem, co bym zrobiła bez Was w tej chwili, bo sami dobrze wiecie, jak się czuję. Dziękuję. ;*


    -Stary, dobrze, że już wszystko w porządku. Martwiliśmy się o ciebie. –Ray podszedł do przyjaciela i poklepał go lekko w ramię tak, by nie sprawić mu bólu. Frank również przyszedł. Jednak nieufnie stał w kącie pokoju i przyglądał się całej sytuacji z boku. Nadal był wściekły na Michaela za to, jak tamtego dnia potraktował Gerarda.
                -Frankie, wszystko gra. Naprawdę. Kiedy Michael trafił do szpitala, wszystko sobie wyjaśniliśmy i teraz już wszystko jest ok. staraj się o tym zapomnieć. Zrób to dla mnie, ok.?
                -Postaram się. Ale mam wrażenie, że coś się dzisiaj wydarzy. I raczej nie będzie to miła niespodzianka.
                -Gerard, możesz nas na chwilę zostawić samych? Chciałbym porozmawiać z Frankiem na osobności. –Mężczyzna poczuł na swym lewym ramieniu dotyk czyjejś ręki. Była to ręka jego brata. Nie chcąc się mieszać w nie swoje sprawy, odszedł na bok.
                -Frank, wiem, że wtedy zachowywałem się jak najgorszy idiota świata. Zrozumiałem swój błąd i choć Gerard wciąż mnie usprawiedliwiał i nie wymagał tego ode mnie, to przeprosiłem go. Ciebie też powinienem, więc przepraszam.
                Frank nadal stał i ani myślał, by się ruszyć, a co dopiero odezwać. Oboje stali w długim milczeniu, aż w końcu młodszy skapitulował.
                -Witaj w domu, Michael.
                Oboje wrócili do świętowania. Mieli do tego kilka okazji. Powrót Michaela do domu po długim pobycie w szpitali, ruszenie śledztwa w sprawie zniknięcia Katie i odnowione stosunki czwórki przyjaciół. Zdawało się, że już nic nie może przerwać ich szczęścia, kiedy nagle los postanowił inaczej.
                Odezwał się telefon wiszący w kuchni na ścianie. Gerard zostawił przyjaciół w pokoju i sam poszedł odebrać.
                -Tak, słucham?
                -Czy rozmawiam z panem Gerardem Wayem? –Zapytał męski głos w słuchawce.
                -Tak, kto mówi?
                -Komisarz Flemons, ze stanowej policji. Odnaleźliśmy zaginioną Katie Harris, jednak nie mam dla państwa najlepszych wiadomości. Czy pański brat wyszedł już ze szpitala?
                -Tak, przyjechaliśmy do domu jakąś godzinę temu. Nie rozumiem, skoro Katie się odnalazła, to co mogło pójść nie tak?
                -Proszę mi wierzyć, to nie jest rozmowa na telefon. Jeśli macie taką możliwość, przyjedźcie do hangarów na opuszczonym lotnisku na obrzeżach miasta.
                -Dobrze, zaraz tam będziemy. –Gerard odłożył słuchawkę i wróciło pokoju. Nadal nic nie wywnioskował po tym, co powiedział mu komisarz Flemons.
                -Gee, kto dzwonił? –Ciekawość młodszego Waya nie znała gra nic. Zawsze musiał wszystko wiedzieć.
                -Dzwonił komisarz Flemons, który prowadził sprawę zaginięcia Katie. Powiedział, że odnaleźli ją i złapali przestępców, ale nie mają dobrych wieści. W miarę możliwości mamy przyjechać do starych hangarów na opuszczonym lotnisku.
                -Na co jeszcze czekasz? Jedziemy tam! –Zawyrokował Michael, po czym w ekspresowym tempie narzucił na siebie ciepłą bluzę i wybiegło samochodu.
                -Poczekajcie tu na nas, ok.? Postaramy się wrócić najszybciej, jak tylko się da.

                -Komisarzu Flemons! Jest pan tu? –Oboje krzyczeli ile sił. Hangary miały potężną powierzchnię i trudno było kogokolwiek tu znaleźć, nie znając jego dokładnej lokalizacji.
                -Jesteśmy tutaj! –Usłyszeli niosące się echo. Od razu ruszyli za rozchodzącym się głosem.
                -Dzień dobry. Co się stało? –Zapytał zniecierpliwiony Gerard. Michael był wyczerpany po powrocie ze szpitala, więc jeszcze do nich dochodził i nie miał możliwości słyszeć ich rozmowy.
                -Złapaliśmy przestępców, tak samo, jak odnaleźliśmy Katie. Jednak nie udało się nam jej uratować. Nie mieliśmy na to najmniejszych szans.
                -Nareszcie was dogoniłem. –Wysapał zmęczony chłopak. –Co się takiego sta…ło.
                Nie wierzył w to, co widział. Miał nadzieję, że ktoś podmienił mu okulary i ten widok nie jest prawdziwy. Widział 5 młodych chłopaków, związanych i skutych kajdankami, których pilnowało kilka policjantów. Widział komisarza Flemonsa i jego smutek na twarzy. Widział swojego brata, Gerarda i jego załamanie. Widział Katie, swoją ukochaną i największą miłość. Miłość, która spoczywała w kałuży krwi.
                Nogi się pod nim ugięły, a w oczach stanęły łzy. Za chwilę po policzkach zaczęły płynąć słone krople, który opadały na podłogę. Podszedł Katie i zdrową ręką uniósł jej głowę. Oczy miała zamknięte, jej ciało było już chłodne i blade. Jakby ktoś oprószył je mąką czy jakimś innym białym proszkiem. Nie powstrzymał łez. Był na to za słaby. Niemal przez miesiąc czekał na moment, gdy znajdzie swoją ukochaną. Gdy znów będzie mógł ujrzeć jej roześmiane oczy, pogłaskać ją po blond włosach. A nadszedł dzień, w którym doczekał jej śmierci choć planowali wspólne i długie życie.
                Nie zwracał uwagi na fakt, że właśnie klęczy w kałuży jej własnej krwi. Że oboje są wymazani czerwoną cieczą. Pochylił się nad nią i ją przytulił. Przytulał ją do siebie tak długo, dopóki chłód jej martwego ciała nie zaczął przechodzić na niego. nie miał pojęcia, jak otrząśnie się z największej tragedii, jaka mogła go teraz spotkać. Nie wiedział, czy w ogóle się z tego otrząśnie.
Tydzień później…
                Gerard postanowił wspierać brata i oboje wybrali się na pogrzeb, by móc ujrzeć ją i pożegnać po raz ostatni, teraz już na zawsze. Po drodze na cmentarz zajrzeli do kwiaciarni. Zamiast kupować czerwone lub białe róże czy tradycyjne wiązanki, kupili wielki bukiet przepięknych frezji, ulubionych kwiatów Katie. Wśród nich gościły równie 3 słoneczniki, które uwielbiała tak samo. Miały symbolizować ich dwójkę i ich dziecko, które teraz już nigdy się nie narodzi.
                Niegdyś obiecali sobie, że jeśli umrzeć, to tylko we dwoje. Planowali wspólną, szczęśliwą przyszłość. Marzyli o ślubie, dziecku, pięknym domu i wspólnym starzeniu się. Obiecali sobie, że co by się nie stało, umrą razem. Nawet, gdyby jedno z nich zginęło w wypadku, to drugie popełni samobójstwo.
                Michael złamał obietnicę. Postanowił żyć dalej, ze względu na Katie. Bo choć ta już nie żyje i jest po drugiej stronie ziemi to wie, że ona by tego nie chciała. Wolałaby, żeby Michael walczył o swoje i był szczęśliwy. Niekoniecznie z nią, bo teraz to i tak niemożliwe, ale nawet z inną kobietą przy boku. By tylko był szczęśliwy i spełniły się wszystkie jego marzenia.
                Po pogrzebie wrócili do domu w milczeniu. Nie byli w nastroju na jakiekolwiek rozmowy. Michael bez namysłu poszedł do swojego pokoju, by jak najszybciej rozebrać się z niewygodnego garnituru. Podszedł do lustra i zauważył naklejoną na nim karteczkę. Zdziwił się, ponieważ sam nic nie naklejał, a poza tym, drzwi były zamknięte, więc nikt nie mógł wejść. Podszedł bliżej i zerwał zapisany kawałek papieru.
                „Szczęśliwego życia, Mikey. Zawsze będę cię kochać i na zawsze pozostaniesz w moim sercu. Twoja Katie.”

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Porwanie. cz.2

Przepraszam za błędy typu brak apostrofu itp., ale dopiero wstałam i ogólnie nie chce mi się ich teraz poprawiać .;p


Następnego dnia w domu panowała idealna cisza. Wczoraj Ray zgodnie z polecenia Franka zabrał Michaela na posterunek policji. Po powrocie Ray pojechał do siebie, Frank wyszedł na miasto. Bracia nie odezwali się do siebie ani słowem. Kolację również zjedli w osobnych pokojach. Gerard był na wyczerpaniu, ale obiecał przyjacielowi, że się nie podda.
                Był ranek, gdy Gerarda obudziły promienie słońca przebijające się przez rolety opuszczone w jego pokoju. Niechętnie podniósł się z łóżka i zaczął nasłuchiwać. Mężczyzna miał idealny słucha. Potrafił wyłapać nawet najmniejszy ruch jego współlokatora. Teraz nic nie słyszał. Był w domu zupełnie sam.
                Brunet w pośpiechu ubrał się i zszedł na dół do pokoju. Miał nadzieję, że jego zmysł słuchu pomylił się po raz pierwszy. Że tak naprawdę jego brat spokojnie śpi na kanapie. Przeszuka dokładnie wszystkie pokoje, strych, piwnicę, łazienkę. Na koniec poszedł do kuchni. Pusto. Nawet nie zostawił jakiejkolwiek wiadomości. W tej chwili potrzebował go bardziej, niż Michael potrzebował jego. Chciał z nim porozmawiać. Wszystko mu wyjaśnić i gdyby tylko zaszła taka potrzeba, również przeprosić.
                Będąc w kuchni zaparzył sobie swoją ulubioną kawę. Następnie otworzył okno i zapalił papierosa. Rozglądał się po miasteczku, które zdaje się, że nadal spało. Nagle usłyszał dźwięk przekręcanego klucza w zamku i otwieranych drzwi. Szybko wyrzucił papierosa i zamknął okno. Wybiegł do kuchni i zamarł. Przed nim stał Michael. A raczej ktoś, kto był do niego bardzo podobny.                -Boże Michael, co ci się stało?
                Młodszy chłopak wrócił do domu cały poobijany. Niemal z każdego miejsca na twarzy sączyła się krew. Jego ręce i brzuch zatonęły w fioletowych siniakach. Na oko miał złamane co najmniej 2 żebra. Ledwo oddychał, o poruszaniu którąkolwiek częścią ciała nie wspominając.
                Gerard złapał młodszego brata pod ramię i zaprowadził na kanapę. Natychmiast pobiegł do kuchni i w ekspresowym tempie zrobił mu śniadanie i zaparzył gorącej herbaty. Rozebrał go z butów i kurtki i przykrył kocem. Następnie wrócił po swoją kawę i usiadł na fotelu obok brata, załamując się jego wyglądem.
                -Dasz radę zjeść kanapkę? Spróbuj, a ja zadzwonię do lekarza. Koniecznie musi cię obejrzeć.
                -Ge… Gerard. Prze… Prze… Przepraszam –wyjąkał z trudem.
                Gee obrócił się twarzą do brata i uśmiechnął się lekko. Nie winił go o nic. Był na tylko głupi, że zawsze usprawiedliwiał jego wybraki na każdy możliwy sposób. Jednak skoro Michael uznał, że popełnił błąd i pomimo swego obecnego stanu przeprosił, to znaczy, że wraca dawny Michael.

                -Doktorze, czy będzie z nim wszystko w porządku? –Gerard od początku był cały w nerwach. Przez telefon kazali mu jak najszybciej przywieźć Michaela do szpitala na obserwacje i wstępne badania i tak też zrobił. Teraz czekał na efekty.
                -Cóż, wszystkie moje podejrzenia się sprawdziły. Pan Way ma wybity prawy bark, złamane 3 żebra i zwichnięty prawy nadgarstek. Oprócz tego kostka w lewej nodze została lekko skręcona, ale nie na tyle, by nie mógł normalnie chodzić. Natomiast prawą rękę musieliśmy w całości unieruchomić, żebra tak samo. Teraz pański brat musi zostać u nas na dłuższej obserwacji. Jeśli jego ogólny stan nie ulegnie pogorszeniu, wypuścimy go do domu za jakieś 3 dni.
                Doktor Nixon był starszym mężczyzną z kilkoma siwymi włosami na głowie. Prowadził obydwóch Way’ów od dnia ich narodzin, zresztą sam odbierał poród ich matki. Jednak to, co Gerard usłyszał z jego ust niezbyt go uspokoiło. Nadal nie znał przyczyny i okoliczności całego zdarzenia. Dlaczego jego brat został pobity?
                Wrócił do sali, w której leżał Michael. Uszkodzoną rękę miał już usztywnioną niemal w całości. Oprócz tego, wokół jego łóżka plątały się tysiące kabli, stały setki aparatur i wózek ze szpitalnym paskudztwem, zwanym potocznie jedzeniem. Podszedł bliżej i odgarnął z jego twarzy kilka zagubionych kosmyków.
                -Mikey, domyślam się, że teraz możesz nie mieć na to siły i ochoty, ale proszę, opowiedz mi, co się stało? Kto cię pobił? Dlaczego cię pobił? Nawet sobie nie wyobrażasz, gdy przeszukałem cały dom, a ciebie nie było. Co najgorsze, nie zostawiłeś mi nawet żadnej wiadomości.
                -Ja tylko chciałem wyjść do sklepu, zrobić jakieś zakupy. Wczoraj na komisariacie powiedzieli mi, że stoją w miejscu, ponieważ porywacze nadal milczą. Stwierdziłem, że jeśli zajmę się gotowaniem, to zajmę myśli czymś innym choć na chwilę. Ale zanim doszedłem do sklepu, ktoś mnie napadł. Było ich trzech. Wszyscy mieli zamaskowanie twarze, z wyjątkiem jednego. Chyba był ich przywódcą, bo tylko stał nade mną i cały czas się śmiał. Pozostali kopali mnie w brzuch i po twarzy. Próbowałem się bronić, ale wtedy wykręcali ręce. Kiedy już kompletnie straciłem przytomność, musie odejść.
                -Pamiętasz twarz tego kolesia? Mike, mógłbyś naprowadzić policję na tych porywaczy! To mogli być oni! Mam nadzieję, że tego nie zrobili, ale mogli pozbyć się Katie i teraz chcieli pozbyć się ciebie. Lub na odwrót.
                -Hmmm… pamiętam, że miał krótkie blond włosy. Miał raczej szczupłą twarz, a z boku po lewej stronie miał pieprzyka. Był ubrany w dżinsy i sportową koszulkę. Na szyi miał zawieszony chyba złoty łańcuch z literami DM.
                -Świetnie! Od razu jak tylko wrócę do domu dzwonię na policję. Albo nie. Lepiej będzie, jeśli tam pojadę. Michael, mamy szansę odnaleźć Katie. Mamy szansę, by wróciła do domu, byś znów  był szczęśliwy jak wtedy.
                -Zaczynasz doprowadzać mnie do szału. Przestań cały swój czas poświęcać na mnie i zajmij się wreszcie sobą! Ostatnio byłeś mną tak zajęty, że niemal zapomniałeś o tym, że żyjesz. Idź gdzieś nie wiem, do parku albo kup nowy komiks czy sam coś narysuj. Byle byś tylko pomyślał też czasem o sobie. Teraz jestem pod stałą opieką. Czas, by zajął się mną ktoś inny.
                Gerard długo nie mógł się zdecydować. Z jednej strony, jego brat miał rację. Te całe poszukiwania tak go pochłonęły, że niemal zapomniał o tym, że on sam żyje. Po długich namowach zdecydował się opuścić szpital i trochę odpocząć. Rysowanie zawsze go odprężało. Ale obiecał sobie, że najpierw pojedzie na policję i opisze całe dzisiejsze zdarzenie.

                -Dobrze, więc gdzie obecnie przebywa pański brat?
                -W szpitalu St. Helen przy Stockhaus Drive. Komisarzu Flemons, jakie są szanse, że odnajdziecie Katie?
                -Tego nie mogę na razie określić. Póki co mamy podany przez pana rysopis, który będziemy musieli porównać z rysopisem, jaki poda nam pański brat. Dopiero wtedy będziemy mogli wprowadzić wszystkie dane do bazy i rozpocząć poszukiwania. Jednak muszę przyznać, że jesteśmy na coraz lepszej drodze do zakończenia tej sprawy. Jeśli wszystko przejdzie zgodnie z planem, być może koniec nadejdzie już w tym tygodniu.
                -Cóż, w takim razie dziękuję. Pójdę już. Do widzenia.
                -Do widzenia. – Odparł policjant, po czym zamknął drzwi komisariatu.
                Brunet wsiadł do samochodu i ruszył w stronę szpitala. Chciał natychmiast opowiedzieć o wszystkim Michaelowi, że jeśli wszystko się uda, już w tym tygodniu zobaczy swą ukochaną. Jednocześnie przypomniał sobie postawiony mu dzisiaj zakaz, który wyraźnie mówił o tym, że ma wrócić do domu i odpocząć. Nie chciał nikomu sprawiać przykrości, szczególnie bratu, więc skręcił w pierwszą uliczkę i wrócił do domu.